Koniec zeszłego roku spowodował, że zrobiłam kosmetyczny rachunek sumienia. Zajrzałam do pudełka, w którym leżą kosmetyki zaczęte, lecz nielubiane, które oczekują tam na ostateczny wyrok. Bardzo nie lubię wyrzucać kosmetyków, staram się niepasujące mi egzemplarze oddawać. Nie wszystkie jednak kosmetyki nadają się do oddania, a do niektórych staram się przekonać tak długo, że po podjęciu decyzji o rozstaniu są zbyt nieświeże by pójść w inne ręce.
Dopadły mnie dylematy koszowe odnośnie dwóch produktów - dać im "kosza" czy jeszcze jedną szansę?
Maska do włosów z jojoba marki logona początkowo mi pasowała. Nawet ją lubiłam. Z czasem jednak włosy po jej użyciu przestały mi się podobać - były tępe, matowe, posklejane. Odczekałam i niedawno znowu zaczęłam używać, ale jako normalną odżywkę do spłukiwania. Odżywka pachnie ładnie, kremowo - jak kremy do twarzy mojej mamy za czasów komuny :). Zachowuje się również jak krem i ma bardzo przyjemną konsystencję - jakbym rozcierała w dłoniach niebieski nivea :). W nakładaniu jest tępa i niestety nic a nic nie ułatwia rozczesywania. To dla mnie ogromny problem. Nie zauważyłam, aby włosy były gorzej nawilżone lub niedożywione, ale oszałamiającego efektu też brakuje. Po wyschnięciu włosy są lekko usztywnione - co uważam za jej atut. W pozytywnym świetle widzę również fakt, że nie obciąża włosów. W dotyku są niestety lekko szorstkie i nie tak miłe jak zazwyczaj.
Próbowałam stosować jako maskę dodając oleje, ale nie odpowiadało mi ich łączne działanie.
I wyrzuciłabym ją, bo mnie wkurza i używa się koszmarnie a z drugiej strony żal mi, bo jednak coś tam robi... I tym sposobem męczyłam się z nią przez jakiś czas jeszcze. Niestety podczas którejś kąpieli w zeszłym tygodniu zdenerwowała mnie od tego stopnia, że poleciała do kosza z hukiem...
Deo Zionhealth z glinką to natomiast spektakularna porażka! Po jego użyciu pachnę dużo gorzej niż gdybym nic nie użyła i w dodatku jestem nieświeża zdecydowanie szybciej niż w dni bezdezodorantowe.
Przepraszam Was, ale nie chce mi się nawet o nim pisać :). Kupiłam na iherbie, TU możecie poczytać o nim więcej.
W tym przypadku zatem bezwarunkowy kosz! I zero wyrzutów sumienia z tego powodu.
Cieszę się, że porażki kosmetyczne zdarzają się u mnie coraz rzadziej. Fajnie, jeśli w przypadku nie do końca trafionego zakupu znajdzie się ktoś, kogo można obdarować i komu niedobrane do mnie kosmetyki posłużą. Bo rozstania koszowe, nawet z wkurzającymi kosmetykami, łatwe nie są. Poczucie marnowania pieniędzy i kosmetyku mnie męczy...