piątek, 20 grudnia 2013

Używając make me bio...

Ponieważ wiem, że część z Was niecierpliwie czeka na recenzję kosmetyków firmy make me bio, spięłam się, zebrałam w sobie, natężyłam testy i voilá - poniżej prezentuję moje wrażenia i opinie na ich temat :).

Jak pisałam Wam TU stałam się szczęśliwą posiadaczką:
szamponu do włosów przetłuszczających się,
- kremu beautiful face
- kremu orange energy.




Miałam też możliwość przetestowania kremów:
dzięki otrzymanym z zamówieniem próbkom.

Chociaż nieczęsto daję się ponieść emocjom po pierwszym użyciu kremu to tym razem niestety nie mogłam się oprzeć. Miłość od pierwszego użycia, która okazała się uczuciem obustronnym - kremy make me bio muszą mnie kochać równo mocno co ja je, skoro tak dobrze mi robią :).

Kremy cudnie się wchłaniają! Mają pewną właściwość, która mnie absolutnie urzekła - strasznie szybko wiążą się ze skórą, wnikają wgłąb. Pomimo odczucia silnego odżywiania i nawilżania nie pozostawiają żadnej powłoki. Po 15-20 minutach od nałożenia i po przejechaniu paznokciem po twarzy nie mam pod nim absolutnie nic, żadnych resztek niewchłoniętego produktu. Pierwszy raz mi się to zdarzyło, przeważnie kremy coś tam jednak na skórze zostawiały. Kremy make me bio są całkowicie wchłaniane, a jednocześnie dają uczucie ochronnej warstwy.
Nie matują, ale też nie nabłyszczają. Cera wygląda bardzo naturalnie, nie świeci się, ale też nie wygląda jak obsypana mąką.

Zaczęłam od próbek kremów.



Na pierwszy ogień poszedł krem anti - aging night. Posiadana ilość wystarczyła mi na 7 użyć. A do zakochania się wystarczyło jedno...
Krem ma wygląd silnie ubitej, pulchnej śmietany, treściwą konsystencję i piękny zapach - trochę cukierkowy, kwiatowy, przewija się coś znajomego, czego nie mogę skojarzyć (ależ mnie to męczy!). Czuję silnie działanie odżywcze i nawilżające. Twarz jest po nim strasznie aksamitna i miękka - daje najbardziej imponujący w tym zakresie efekt spośród wszystkich opisanych tu kremów. Mam też wrażenie, że skóra lepiej oddycha. Cera jest rano znacznie ładniejsza niż wieczorem, świetnie radzi sobie z niedoskonałościami - rozjaśnił lekko pozostałości po skórnych kłopotach i złagodził dwie małe, świeżo nabyte paskudki. Absolutnie żadnego zaklejenia, żadnego zapychania. Jest z tych troszkę cięższych, ale dzięki brakowi tłustej warstwy i wchłanianiu do matu z sukcesem użyłam go na dzień i pod makijaż. Super też pod oczy.
Ten krem będzie mój - nie odpuszczę mu i kupię jak tylko trochę uluźnię szafkę (zapewne nieprędko, bo zapasy me zacne są!).
Oczywistym jest, że nie mam szansy wypowiedzieć się co do działania przeciwzmarszczkowego po tygodniu stosowania kremu - nie zamierzam zatem tego robić. Szczególnie, że ciężko byłoby mi tego dokonać nawet po zużyciu całego słoika, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie umiem oceniać wpływu stosowania kremu na proces powstawania zmarszczek. Albo za głupia jestem, albo nie da się tego zrobić bez jakiegoś punktu odniesienia, którego ja nie posiadam... wolałabym tą drugą opcję, ale z faktem głupoty swej również jestem gotowa się pogodzić :).

Skład kremu anti-aging night: 
Aqua, vegetable glycerin, emulsifying wax NF, *organic Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil , Triticum Vulgare (Wheat) Germ Oil, macadamia ternifolia seed oil, Olea Europaea (Olive) Oil , fractionated coconut, organic shea butter, stearic acid, evening primrose oil, xantham gum, zinc oxide, phenoxyethanol, argan oil, green tea extract, passionfruit extract, arnica oil, plum kernel extract, gotu kola extract fragrance.
* Składniki organiczne

Możecie sobie wyobrazić jak bardzo nie do opanowania było moje parcie na używanie pozostałych kosmetyków tej firmy po takim otwarciu!

Następny pod topór poszedł krem garden roses.
Pachnie oczywiście różami :). Ma bardziej zwartą konsystencję od przeciwzmarszczkowego - typowy gęsty krem. Wchłania się i wiąże ze skórą świetnie, nie pozostawiając żadnych niewchłoniętych resztek. Jest bardziej tłusty od anti-aging night. Mocniej odżywia, ale twarz nie jest tak bosko aksamitna zaraz po jego nałożeniu - jest bardzo miękka i gładka, ale przy dotyku mam wrażenie lekkiej tłustości, choć tłustej warstwy brak. Za to rano buziak jest cudny! Wypoczęta, elastyczna skóra, wspaniale odżywiona i nawilżona - jak po dobrej masce.
Dla mnie trochę za ciężki na codzienne używanie. Będzie idealny dla osób potrzebujących czegoś mocniejszego i konkretniejszego do twarzy. Nie bez powodu zapewne przeznaczony jest do cer suchych :).

Składniki kremu garden roses: 
Rosa Damascena (Rose) Flower Water, Pelargonium Asperum (Geranium) Flower Water, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Mangifera Indica (Mango) Seed Butter, Macadamia Ternifolia (Macadamia Nut) Seed Oil, Cetearyl Glucoside, Glyceryl Monostearate, Glycerin, Cetyl Alcohol,Tocopherol (Vitamin E), Benzyl Alcohol, Potassium Sorbate, Dehydroacetic Acid, Rosa Damascena (Rose) Flower Oil


Po zużyciu próbek w końcu nadszedł długo wyczekiwany moment otwarcia pełnowymiarowych kremów.
Wyglądają przepięknie!


Orange energy pachnie powalająco - świeżymi pomarańczami i mandarynkami! Można się zawąchać na śmierć :).
Konsystencja ciepłego masełka, bardzo kremowa, lecz nie tak zwarta jak garden roses - krem jest mięciutki, ale gęsty. Oczywiście wchłania się tak samo pięknie jak poprzednie.
Zaraz po nałożeniu mam uczucie lekkiego napięcia skóry, które szybko mija (odbieram je pozytywnie). Twarz jest gładka i przyjemna w dotyku, elastyczna i pięknie nawilżona. Odżywienie rzecz jasna na równie wysokim poziomie. Po raz kolejny mam uczucie, że twarz jest chroniona odżywczą warstwą, pomimo jej faktycznego braku. Zadziwiający efekt :).
Zauważyłam spore właściwości tonujące - po kilku dniach stosowania koloryt cery jest zauważalnie wyrównany. Zmniejsza też widoczność porów.
Z uwagi na silne, jak na moje potrzeby, właściwości odżywiające, stanowi wystarczającą pielęgnację całodobową - na dzień i na noc. Skóra wokół oczu też nie narzeka na brak dopieszczenia.
Krem imponująco dobrze współpracuje z minerałami. Makijaż trzyma się na nim wyśmienicie i pod koniec dnia jest w zdecydowanie lepszym niż zazwyczaj stanie. Dodatkowo cera w strefie T zaczyna się świecić nieco później.
W kremiku lubi wytrącać się olej, pływa sobie w zagłębieniach na powierzchni. Nie szkodzi. Wymieszajcie i używajcie dalej bez stresu. W bogatych składowo, naturalnych kremach, które nie są napakowane nicnierobiącymi wypełniaczami, takie zjawiska są na porządku dziennym.

Składniki kremu orange energy: 
Citrus Aurantium Dulcis (Orange Blossom) Flower Water, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Cetearyl Glucoside, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Cetyl Alcohol, Glyceryl Monostearate, Tocopherol (Vitamin E), Glycerin, Matricaria Chamomilla (Chamomile) Flower Extract, Benzyl Alcohol, Potassium Sorbate, Dehydroacetic Acid, Parfum, Limonene*, Linalool* 
*Naturalnie występujące olejki eteryczne


Beautiful face kupiłam z przeznaczeniem dla męża. Co rzecz jasna nie przeszkodziło mi w porządnym przetestowaniu go. A co gorsza na tym nie koniec - zamierzam go regularnie podkradać, bo podoba mi się :).
Ze słoiczka pachnie olejkiem tea tree - zapach bardzo ładny, świeży, nie jest przytłaczający. Zapach drzewka herbacianego ginie w trakcie nakładania - wtedy czuć gorzkawe, suszone zioła z lekko chlebową wonią. Zero kwiatków, zero słodyczy. Neutralny, naturalny zapach. Fajny i ciekawy.
Ma konsystencję bitej śmietany i jest najlżejszy spośród przedstawionych tu kremów make me bio. Bardzo dobrze nawilża i jak na swoją lekkość wystarczająco odżywia. Wchłania się błyskawicznie i daje najmniejsze poczucie warstwy ochronnej na twarzy. Buzia jest wspaniale gładka, aksamitna i miękka - w kategorii robienia z twarzy pupci niemowlaczka plasuje się tuż tuż za anti-aging night.
U męża zauważyłam widoczne działanie kojące i łagodzące. Dobrze wspomaga procesy odnowy skóry i walkę z niedoskonałościami. Przyspiesza gojenie i delikatnie reguluje produkcję sebum. Skóra wygląda świeżo i zdrowo. Pory są mniej widoczne a cera nawilżona i odpowiednio odżywiona. Nawet sam chłop stwierdził, że jego paszcza ma się lepiej i ogólnie jakiś taki ładniejszy jest po tym kremie... Co miałam zrobić? Przyznałam rację :).
Pod makijaż też sprawdza się bez zarzutu i opóźnia błyszczenie się strefy T. Te aspekty jego stosowania sprawdzałam oczywiście na sobie, nie na mężu :) :).
Fajny, lekki kremik, który polepsza stan cery i sprawia, że skóra jest gładka, elastyczna i mniej się przetłuszcza.

Składniki kremu beautiful face: 
Aqua, vegetable glycerin, emulsifying wax NF, *organic Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Oil , Macadamia Ternifolia Seed Oil , Capric Triglyceride (fractionated coconut, *organic Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Fruit , stearic acid, phenoxyethanol, xantham gum, Centella asiatica (gotu kola extract), Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Fruit Extract , Fragaria vesca (strawberry) fruit extract, Citrus medica limonum (Lemon) fruit extract, melaleuca alternifolia (tea tree) oil, Solanum Lycopersicum (tomato) leaf extract, Citrus Medica Limonum (Lemon) essential oil. 
* Składniki organiczne



Jak się domyślacie szampon do włosów przetłuszczających się nie postał zamknięty zbyt długo... przesyłka doszła w piątek, użyłam go w niedzielę :). Uważam, że wykazałam się niezwykłą jak na mnie cierpliwością!
Szampon pachnie głównie ziołowo. Najsilniej wybija się rozmaryn, lekko doprawiony różą. Róża na szczęście stanowi tylko dalekie tło zapachu i nie uprzykrza mi używania :). Brak miłości do zapachu róży to takie moje osobiste, drobne zboczenie.
Konsystencja lekko żelowa, niezbyt gęsta. Szampon pieni się delikatnie, ale nienajgorzej, robi miękką piankę, która dość szybko znika. Osoby lubujące się w pianie po kostki niech wezmą to pod uwagę, żeby potem nie musiały narzekać, że szampon fajny, ale za słabo się pieni...
Oczyszcza skutecznie nie wysuszając włosów. Przypadnie do gustu osobom poszukującym skutecznego oczyszczania łagodnymi detergentami i z delikatną skórą głowy (brak als). Żałuję, że nie przedłuża świeżości włosów, ale cieszę się, że nie przyspiesza ich przetłuszczania. Włosy błyszczą, nie są oklapnięte, ale są lekko wygładzone. Sprężystości i wigoru nie można im odmówić :).
Osobiście wolę silniejsze szampony - to przez moje obsesyjne dążenie do przedłużania ich świeżości. Jednak szampon make me bio naprawdę mi się podoba!

Mieszajcie go przed użyciem, ponieważ gęstsza część lubi osiadać na dnie - przy pierwszym myciu myślałam, że jest strasznie rzadki. Okazało się, że po prostu wymaga wymieszania.

Składniki szamponu do włosów przetłuszczających się: 
Aqua (Water), Sodium Cocoamphoacetate, Cocoamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Disodium Cocoyl Glutamate, Sodium Lauryl Glucose Carboxylate, Coco glucoside, Glyceryl oleate, Glycerin, Kaolin, Xanthan Gum, Hypericum Perforatum (St. John's Wort) Extract, Aesculus Hippocastanum (Horse-Chestnut) Seed Extract, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Leaf Extract, Mentha Piperita (Peppermint) Leaf Extract, Arctium Lappa (Greater Budrock) Root Extract, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Citric Acid, Alcohol, Parfum, Geraniol*, Limonene* 
*Naturalnie występujące olejki eteryczne



Oprócz powyższych, niezaprzeczalnych zalet odnośnie działania kosmetyków, doceniam również opakowania. Są nie tylko piękne i stylowe ale również wysokiej jakości. Ciemne szkło, bardzo dobre gatunkowo plastikowe zakrętki oraz etykietki, którym woda na pewno nie zaszkodzi. Urocze, surowe sznurki, na których zawieszone są mini-ulotki, dopełniają całości. Dobry gust i elegancja.

Niezmiernie ważny jest też dla mnie fakt, że jest to firma polska, która się tego nie wstydzi! Reklamują się jako polskie kosmetyki, nie chowają się pod tajemniczym stwierdzeniem made in EU jak jeden z polskich producentów kosmetyków naturalnych... Nie rozumiem tych kompleksów polskości.
Make me bio to polska firma, która jest z tego dumna. A ja jestem dumna, że takie perełki wyrastają w naszym pięknym kraju :). Wyglądem i jakością przewyższają ogromną ilość zagranicznych i uznanych marek kosmetycznych, przy zachowaniu naprawdę niezwykle korzystnego poziomu cen. Polak potrafi :).

Ja jestem absolutnie zauroczona, oczarowana i zakochana :) i proszę o jeszcze! Marzy mi się odżywka do włosów, peelingująca maska do skóry głowy i może jakieś maseczki do twarzy. Balsamem do ciała czy kremem pod oczka też bym nie pogardziła.
Czy make me bio mnie czyta ? Mam nadzieję, że tak :).

18 komentarzy:

  1. A myślałam, że już bardziej kusić nie możesz! :D Zakochałam się w tych cudeńkach, dzisiaj będę testować szampon od Ciebie. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D *-: *-:
      Szampon powinien Ci się spodobać, pomimo że jest do tłustych :)

      Usuń
  2. A nie kuszą Cię ich myjadła do buzi - proszek i peeling? :D bo mnie po bardzo! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardziej chyba mydła mnie pociągają :)
      Ale wiesz... tam wszystko pociąga!

      Usuń
  3. Śpieszę donieść, że szampon bardzo fajny i wydajny. Szkoda tylko, że drogawy ;) ale może doczekamy się jakiejś promocji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedziałam *-:
      Kosmetyki mają krótkie terminy (1 rok) więc może niedługo coś się zadzieje w tym temacie...
      Chociaż szampon to akurat jest do września...
      Kremy do maja, więc trzeba pilnowac :D

      Usuń
  4. zawsze zastanawiałam się czy takie kremy są lepsze od tych samorobionych ser i kremów które są znacznie tańsze.Masz porównanie?
    Czy każdy może zamówić próbki kremów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Długi czas robiłam sobie kremy sama i byłam zadowolona :)
      Co jest lepsze - trudne pytanie :) chyba to zależy od użytych składników, proporcji i od ich dobrania do naszych potrzeb.
      Napisz do make me bio i zapytaj o próbki - ja tak właśnie zrobiłam :). Pytałam o możliwość zakupienia próbek i dostałam odpowiedź, że próbek nie sprzedają, ale zaproponowano mi ich przygotowanie i wysłanie razem z zamówieniem.

      Usuń
  5. Przez Ciebie/dzięki Tobie ;)) skusiłam się na krem pomarańczowy, przyszedł błyskawicznie, w dodatku dostalam do niego mnóstwo próbek, którymi póki co jestem zachwycona ;)) Opakowania cudne i oby tak dalej, mam nadzieję, że marka poszerzy asortyment :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :))))))
      Strasznie jestem ciekawa, czy będzie Ci na dłuższą metę służył tak dobrze jak mi - mam taką nadzieję! Zapach bajerancki, prawda :)))))
      Zamawiałaś na ich stronie firmowej czy w innym sklepie?

      Usuń
    2. Zamawiałam na stronie firmowej. Dobrałam się już do kremu i cześciowo zużyłam próbki, jestem zachwycona!

      Usuń
    3. No to cieszę się bardzo, że Ci pasują :)))))
      Strasznie fajna firma!

      Usuń
  6. Odpowiedzi
    1. Skuś się skuś, jeszcze nikt ze skuszonych nie żałował.
      Ja lada moment popełnię kolejne zamówienie :), bo już w kremie pomarańczowym dno prześwituje... tak mi pasuje, że używam na dzień i na noc.

      Usuń
  7. Anula jesteś bezlitosna, ależ kusisz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ps no sprawdzam właśnie stan konta ;)

      Usuń
    2. Jest czym, więc kuszę :D
      Ty pewnie będziesz bardziej zadowolona z różanego :).

      Usuń
  8. Tez uwielbiam kremy Make Me Bio. Zapraszam serdecznie do odwiedzania naszego sklepu www.zielonasfera.com, gdzie wiekszosc produktow Make Me Bio mozna znalezc w cenach promocyjnych.

    OdpowiedzUsuń