Ciciałabym, chciała, czyli ...

Zakładki bloga

wtorek, 5 września 2017

Żeli pod prysznic w bród, więc brudu brak!

Od wielu lat podstawowym kosmetykiem do mycia ciała są u nas naturalne mydła. Jestem im wierna od dawna i wciąż nie potrafię się im oprzeć. W tym roku opanował mnie jednak żelowy szał. Tylu żeli pod prysznic nie miałam w ciągu ostatnich 10 lat. No to właśnie nadrobiłam zaległości :D
Moje ześwirowanie skupiło się na żelach pod prysznic dwóch firm - yves rocher i biolove. I zdecydowanie jest to wina ich zapachów. Pokusa nie do odparcia.



Pierwotnie miałam 4 żele biolove i jeszcze parę yves rocher, ale rozdałam :). Tymi, które widać na zdjęciach podzieliłam się :) tak żeby jak najczęściej móc zaczynać kolejną butelkę :D.
Urzekły mnie zapachy, które są takie, jak wynika z opisów.
Żele biolove są dość rzadkie, lejące. W porównaniu do YR są też mniej wydajne i słabiej się pienią. Nie zauwazyłam żadnego cudownego działania - po prostu myją bez wysuszania skóry. Ciało jest po nich gładkie, przyjemne w dotyku i czyste :D. I o to chyba chodziło.
Natomiast doznania zapachowe są absolutnie cudowne - dorodna, ociekająca sokiem gruszka prosto z drzewa i ciepła od słońca, dojrzała borówka. Duża, naprawdę duża przyjemność!



Żele Yvers Rocher miały tak kuszące kompozycje, że najchętniej wzięłabym wszystkie. Zapachy nie były tak naturalne jak w przypadku biolove, ale nie było też przeszkadzającej sztuczności.
Zaczęłam od moreli z rozmarynem i nie mogłam się nasycić tym zapachem - słodki owoc w połączeniu z wyrazistym rozmarynem bardzo mi odpowiadał. Mango z kolendrą było nieco za słodkie i trochę za mdłe - szkoda, że kolendra nie była bardziej wyczuwalna. Mandarynka z cedrem miała dużo mandarynki i za mało cedru, który uwielbiam! Oliwka i petit grain miała lubiany przez mnie zapach petiti grain. który dzięki stłumieniu będzie się podobał większości. Wyciszenie petit grain było dobrym zabiegiem, bo zapach sam w sobie jest dla wielu osób zbyt surowy i zbyt wyrazisty - w tym żelu został ocieplony i bardzo lekko osłodzony. Na koniec zostawiłam kolejną, niezwykle udaną mieszankę zapachową - bazylia z cytryną. Wbrew moim obawom cytryna nie zabiła zioła i bazylia była naprawdę fajnie wyczuwalna. Duże, cytrynowe odświeżenie z bazyliowym podkładem bardzo mi odpowiada.



Żele Yves Rocher są bardzo przyjemne w stosowaniu. Mają fajny poślizg, mocno się pienią, pachną intensywnie, ale nie za mocno. Pozostawiają na skórze delikatną powłokę, która podbija gładkość skóry. Bez zarzutu myją i super odświeżają. Nie wysuszają, nie ściągają. Sama radość z używania :)



Nie potrafię wyjaśnić jaki był powód tego, że nagle, po tylu latach, zamarzyły mi się żele pod prysznic. To był impuls i to naprawdę silny! Dogodziłam sobie konkretnie, co zresztą sami widzicie.
Naturalne mydła w kostce nadal będą grały pierwsze skrzypce pod moim prysznicem i nie wiem, czy jeszcze kiedyś wpadnę w taki żelowy szał. Ale nie żałuję :D, bo to był naprawdę bardzo przyjemny i nadzwyczaj aromatyczny, letni romans kosmetyczny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz